100km w 24h (po raz drugi)

In Blog, PL by Jawor | 2 Comments

Co jest najtrudniejsze gdy po raz drugi idzie się na marsz 100 km w 24h? Znalezienie pretekstu by ponownie wybrać się na taką ‚wycieczkę’!

No dobra, żarty na bok – nawet jeśli już raz zrobiło się taką trasę, przejście 100 kilometrów w 24 godziny pozostaje wyczynem i dużym wyzwaniem. Z drugiej strony, jeśli już raz przeszło się legendarną ‚setkę’ to jakoś trudno zebrać się by zrobić ją po raz kolejny (zwłaszcza pamiętając jak męcząca potrafi być trasa). Dlatego też, gdy po dwóch latach od poprzedniej edycji zaprzyjaźnieni harcerze z Mokotowa zorganizowali kolejną edycję ‚STOpy’ postanowiłem skorzystać z pretekstu i raz jeszcze wybrać się na stukilometrowy ‚spacer’, przy okazji testując trochę nowego sprzętu.

 

Przygotowania

Nie da się ukryć, poprzednie przejście setki okazało się bardzo pomocne w przygotowaniach do kolejnego marszu. Sprawdzona konfiguracja sprzętowa wymagała tylko paru modyfikacji – m.in. wymiany plecaka na mniejszego Sparrow Egga czy zabranie Camelbaka zamiast butelki z wodą (dokładną listę ekwipunku znajdziesz na naszym Facebooku). Poza tym, żeby sprawdzić czy mocno wypchany Sparrow Egg nie sprawi problemów na dłuższym dystansie, tydzień przed głównym marszem wybrałem się z nim na 25 km po Puszczy Kampinoskiej.

 

Marsz 100 km w 24h

///

20:35, na zewnątrz właśnie kończy się burza, a wewnątrz bazy organizator daje sygnał do startu. Czas ruszać.

///

Dziwne zrządzenie losu sprawiło, że tym razem nie miałem pod ręką Salomonów z siatką, więc chcąc nie chcąc zabrałem te z membraną. Od razu okazało się, że wyszło mi to na dobre – przez pierwszych kilka kilometrów szliśmy w ulewie, która niemal od razu przemoczyłaby zwykłe buty. Goretex natomiast sprawił, że moim stopom było tylko trochę wilgotno.

///

Dookoła jest ciemno, jedyne światło zapewniają nasze czołówki i przejeżdżające co jakiś czas samochody, które rozchlapują na nas dodatkowe porcje wody. Pierwszy odcinek trasy wiedzie poboczem drogi, przez którą płyną strugi wody. Chlup, chlup, chlup, z miarowym odgłosem naszych kroków mijają pierwsze kilometry.

///

Przestało padać, jednak zostały kałuże. Dookoła zaczyna podnosić się mgła, a nocny krajobraz zyskuje na tajemniczości. My natomiast idziemy wciąż przed siebie, utrzymując średnią prędkość marszu na poziomie 5.8 km/h. Idziemy szybko, szybciej niż jest to konieczne by zmieścić się w zakładanym czasie, ale z drugiej strony takie tempo jest dla nas optymalne, a jednocześnie zapewni nam rezerwę czasu na wypadek gdybyśmy potrzebowali dodatkowych postojów. A poza tym, siłą rzeczy, w drugiej połowie trasy zmęczenie będzie już dawało o sobie znać a nasza prędkość spadnie.

///

M sprawdza GPS, 17 kilometrów za nami. „Moment, przecież punkt kontrolny miał być na 15. Coś tu nie gra.” No jasne, zagapiliśmy się na oznaczenia szlaku i nie zauważyliśmy, że już jakiś czas temu minęliśmy odbicie planowanej trasy marszu. No dobra, szybka konsultacja z organizatorami i nadrabiając 2 km wracamy na właściwą drogę.

///

Temperatura jest w sam raz do chodzenia – nie za ciepło, ale też nie za zimno. Niedawna ulewa pozostawiła po sobie jednak trochę pamiątek – błota i głębokich kałuż na które trzeba uważać. Zwłaszcza gdy niemal wtapiają się w asfalt na drodze. Chlup! No właśnie, co z tego, że buty są z Gore-Texem, skoro woda i tak wleje się do nich od góry?

///

Dochodzimy na punk kontrolny na 30 km. Szybkie odhaczenie obecności, uzupełnienie wody (i rozpuszczenie nowej porcji izostaru), zmiana skarpet, ruszamy dalej.

///

Czy da się iść i spać?
Gdzieś na wysokości ~39 km dopada mnie ogromna senność. „Może by tak zrobić postój, zdrzemnąć się parę minut i ruszyć dalej?” Oczywiście nie ma mowy, to byłby zbyt prosty sposób na nieukończenie trasy. Mimo to powieki ciążą coraz bardziej, ścieżka jest prosta zamykam oczy na parę kroków. Otwieram. Nie wchodzę w drzewo? Nie. Ok, można iść dalej. Zamykam oczy.

Na szczęście wraz z nadejściem świtu i porannych mgieł senność ustępuje, a my krok za krokiem zbliżamy się do bazy będącej punktem na 50 km.

 

///

Spaghetti Bolognese na śniadanie? Czemu nie. Na bazę dotarliśmy chwilę przed 7:00 rano. Szybkie przepakowanie rzeczy, przebranie się i naklejenie dodatkowych compeed na stopy. Na koniec jeszcze świetne spaghetti przygotowane przez zespół organizatorów. Dobra, jest tak miło, że łatwo byłoby zasiedzieć się na dłużej, a zegar tyka. Pora ruszać w dalszą drogę, przed nami następne 50 km.

///

Zaskakujące

Dwa lata temu ruszenie z bazy było problematyczne, obolałe nogi dawały o sobie Tuż po wyjściu z bazy idzie się bardzo przyjemnie, odpoczynek to jedno, druga sprawa to światło dnia, przyjemniejsze od jakiejkolwiek czołówki. Wada bezchmurnej pogody? Koło południa słońca będziemy mieć aż za dużo.

///

Gdy docieramy do checkpointu na 65 km słońce grzeje już bardzo mocno. Działamy standardowo – uzupełnienie wody, zmiana skarpet, odhaczenie listy obecności. A potem pojawia się pewien problem. Mając w nogach te wszystkie kilometry już nie tak łatwo wstać. No dobra, udało się, a teraz chwila marszu na rozruch i nabranie prędkości. W międzyczasie, gdy ogarnialiśmy się na punkcie, słońce przesunęło się odrobinę wyżej, a przed nami długi odcinek po odsłoniętych polach. Oj, będzie się ‚przyjemnie’ szło.

///

Po nocnej ulewie nie pozostał już ślad, słońce wysuszyło do reszty błoto i kałuże. Jest ciepło, a ja wypijam ostatnie krople z dwóch litrów nalanych do Camelbaka na poprzednim checkpoincie. Na szczęście po chwili docieramy do punktu na 80 km gdzie możemy uzupełnić zapasy.

///

Apteczka się przydaje. Odpowiednio zawinięty bandaż elastyczny przynosi ulgę drugiemu z kolan. Pierwsze, nadwyrężone dwa tygodnie wcześniej przy okazji wielkanocnej wędrówki po górach, mam zawinięte od samego początku marszu. Mimo iż nasz postój trwał dosłownie moment ponowne rozpędzenie się do normalnej prędkości marszowej zajmuje chwilę.

 

///

Ruszamy z punktu na 90km łącząc siły ze znajomą ekipą, która już od jakiegoś czasu była dosłownie parę kroków za nami. Mimo zmęczenia utrzymujemy dobre tempo – przeszliśmy już taki kawał drogi, że damy radę zrobić jeszcze 10 km.

///

Gdy ma się w nogach 92 kilometry przejście dla pieszych ze światłami okazuje się zaskakującą przeszkodą. Tak długo jak idziesz jest dobrze, gdy jednak musisz zatrzymać się i poczekać na światłach to czar ruchu pryska, a zmęczone nogi dają o sobie znać. I znowu trzeba się rozpędzać od nowa…

///

Zagadka.

Czego nie chcesz znaleźć na swojej drodze gdy w nogach masz 99km?

Dworca kolejowego i przejścia przez tory w postaci wysokiej kładki z dużą ilością schodów.

Pod górę idzie się zaskakująco dobrze, zabawa zaczyna się gdy trzeba zejść na dół.

///

Chwilę później zaczyna się odliczanie.

100 metrów.

50.

25.

10.

Pękła setka! Tym razem w 21h 46 min.

Ale to nie koniec, do bazy został jeszcze kawałek.

///

Idziemy szutrową drogą, na końcu zaczyna być widać znajomą bramę.

Udało się.

Mając 102 km na liczniku dotarliśmy na bazę.

Marsz można uznać za zakończony

#goprepared

Podsumowanie

Czy robiąc 100 km w 24h po raz kolejny jest łatwiej?

Tak.

Wiesz czego po sobie oczekiwać, na co zwrócić uwagę podczas przygotowań i jak bardzo da Ci w kość trasa. Czy to oznacza, że jest łatwo?

Nie.

I nadal mogą cię zaskoczyć nowe rzeczy, np. poprzednim razem nie miałem ani problemów z kolanami ani nie przysypiałem w trakcie nocnej części trasy. Gdybym miał jednak oceniać poziom zmęczenia, to tym razem byłem w zdecydowanie lepszej formie.

Jedną z rzeczy, których obawiałem się przed wyruszeniem na trasę była kwestia butów. Salomony z których normalnie korzystam i które zabrałbym na taki marsz nie były pod ręką, w związku z czym chcąc nie chcąc zabrałem ten sam model (XA Pro 3D GTX) w wersji z Gore-Texem. Gore-Tex i ciepła, słoneczna pogoda? Brzmi niezbyt dobrze. Na szczęście i tym razem Salomony okazały się godne zaufania, a połączenie wygodnych butów, zmian skarpet i compeed zadziałało i marsz udało mi się ukończyć bez żadnych otarć czy odcisków.

Czy to oznacza, że bez wypasionego sprzętu (lub przynajmniej super butów) nie ma co próbować swoich sił?

Skądże. Najważniejsze jest to co ma się w głowie. Poza mną i M. trasę marszu ukończyło jeszcze kilka osób. Jedną z nich była dziewczyna, która na trasę 100 km w 24h wyruszyła w trampkach.

I przeszła.

Sprzęt pomaga i zapobiega kontuzjom, ale nawet najlepsze buty nigdzie same nie dojdą.

#goprepared

PS: Więcej fot z marszu znajdziesz na naszym Facebooku !

 

Related Post

About the Author

Jawor

Po górach łażę od kiedy zacząłem chodzić. O goretexach, neoshellu i innym sprzęcie mógłbym, rozmawiać godzinami. Chodzę po jaskiniach, jestem instruktorem harcerskim, wciąż szukam idealnego plecaka i kieruję Gear Insiderowym przedsięwzięciem.

Last updated on

Comments

  1. Mi również udało się zrobić 100/24n ale w trochę lepszym czasie 😂 18.59h , moją motywacją była próba harcerska. Jak już miałem zostać wędrownikiem to z pompą!

Dodaj komentarz