Marsz 100 km w 24 godziny

In Blog, PL by Jawor | Leave a Comment

Dowlekliśmy się do punktu na 90 kilometrze, krótki postój wystarczy by mięśnie odezwały się nowymi falami bólu… Jakby tego było mało okazuje się że do końca zostało jeszcze 11 kilometrów. Do pokonania w 2 godziny.

Cholera.

UWAGA! Ten tekst dostępny jest w formie, w której został oryginalnie opublikowany na naszej starej stronie – wanderer.net.pl. Nie zdążyliśmy jeszcze odświeżyć go do poziomu prezentowanego przez inne artykuły na GI, także jakość tekstu i zdjęć może odstawać od poziomu prezentowanego przez resztę strony.

Jednak nie uprzedzajmy faktów.

Kto z Was zastanawiał się jak to jest przejść 100 kilometrów w ciągu doby?

Ja myślałem nad tym wielokrotnie.

Gdy dowiedziałem się, ze znajomi harcerze z warszawskiego Mokotowa organizują taki marsz (pod nazwą STOpa 2016) zapisałem się bez chwili zastanowienia.

Wtedy zaczęły się również moje przygotowania.

Nie polegały one na pokonywaniu coraz większych dystansów w tygodniach poprzedzających imprezę. Po prostu nie miałem na to czasu.

Skupiłem się na stronie sprzętowej – odpowiednie wyposażenie jest tym co ułatwia życie na trasie i pozwala utrzymać komfort psychiczny.

Załatwiłem odpowiednie buty, mój wybór padł na Salomon XA Comp 7; zebrałem jedzenie (bogate w cukry oraz w białko).

W końcu nadszedł wyczekiwany dzień, piątek 14 kwietnia. Marsz rozpoczął się o 22 i miał się skończyć po 24 godzinach.

Na początku postanowiłem iść wraz z grupą znajomych, co niestety okazało się błędem – było miło i wesoło, jednak szlismy za wolno. Nadrobienie straconego czasu wymagało potem bardzo ostrego tempa.

Chwilę po 23 zaczął padać deszcz; niedługo później grupa zaczęła się rozciągać – w ten sposób uformowała się nasza dwójka, którą odsadziliśmy resztę.

O 3, po przejściu przez nadbagienny las i połowę Otwocka, dotarliśmy do pierwszego z punktów kontrolnych położonego na 20-którymś (+/- 22, 23). Znajdował się na nim niewielki namiot, w którym czekała ekipa organizatorów z zapasem wody. Ze względu na brak lejka, trzeba było improwizować – w jego roli świetnie sprawdził się notatnik Rite in the Rain! Po chwili na „pedicure” (oczyszczenie, wysuszenie i obklejenie stóp) oraz zmianie skarpet wyruszyliśmy w dalszą drogę.

Po wyjściu z Otwocka dalsza droga wiodła nas brzegiem Świdra, przez kilkanaście kilometrów mogliśmy cieszyć się widokiem lasu budzącego się do życia wraz ze wschodem słońca. Koło 4:30 przestały być potrzebne latarki. Niedługo potem pojawiły się poranne mgły, a razem z nimi na trawach osiadła rosa skutecznie mocząca (pozbawione membrany) buty i skarpety podczas przejść przez łąki. Na szczęście dzięki wysuszeniu stóp i kolejnej zmianie skarpet udało mi się uniknąć nieprzyjemności.

Odbiliśmy od rzeki po punkcie kontrolnym położonym na 40-paru kilometrach, dalsza droga prowadziła przez las. Obecny do tej pory lekki ból stał się trochę silniejszy, jednak szliśmy dalej, aż udało mi się rozchodzić obolałe nogi. W ten sposób dotarliśmy do bazy, pełniącej również rolę półmetka. Tam spotkaliśmy część początkowej grupy, która została zwieziona przez organizatorów. Poza nimi czekała na nas ekipa organizatorów z obiadem – krupnikiem i leczo – z którego zrezygnowaliśmy na rzecz własnego, dużo lżejszego (mniej ciężkostrawnego) jedzenia – w moim przypadku był to liofilizat spaghetti bolognese (pyszny!).

Nie tracąc czasu ruszyliśmy dalej – najgorsze co można zrobić na 50-tym to najeść się, przysiąść, zdjąć buty i odpłynąć… I zakończyć przygodę w połowie trasy.

Kolejne kilometry były coraz cięższe (ale wciąż znośne), koło 60-tki zorientowałem się, ze ulgę przynosi niewielkie podejście pod górkę – zmęczone mięśnie z ulgą witały okazję do trochę innej pracy (jeszcze!). Krok za krokiem dotarliśmy do checkpointu na 70-ym kilometrze. Od punktowych dowiedzieliśmy się, że z bazy na 50 kilometrze wyruszyliśmy tylko my i jeszcze jedna ekipa mająca nad nami godzinę przewagi. A wciąż gonił nas czas, zostało 6,5h na przejście 30 km…

Do tej pory szło się znośnie, kryzys pojawił się dopiero na 80-tym kilometrze – krok z ludzkiego stał się kurzy (ze względu na ból ścięgien pod kolanami), a w głowie zaczęły pojawiać się myśli o rezygnacji. Skutecznym lekarstwem okazał się baton proteinowy i pół butelki wody – zastrzyk energii poprawił humor i pozwolił rozchodzić bóle.

I w ten sposób dotarliśmy do początku relacji.

Doczłapaliśmy na 90-ty kilometr.

Okazało się, że z poprzedzającej nas ekipy pozostała tylko jedna osoba, główny organizator STOpy. Pozostali członkowie jego zespołu zostali zwiezieni gdzieś koło 80 kilometra.

Po chwili siedzenia i kolejnym „pedicurze” zrobiło się zimno, a do niedawna rozchodzone mięśnie odezwały się nowym bólem. Gdy ruszyliśmy z punktu była 20:00. Do końca eventu zostały dwie godziny.

I 11 kilometrów.

Po przejściu 90 km jest to spory dystans, a czasu zostało mało. Teoretyczna prędkość normalnego chodu to 5km/h.

Musieliśmy być szybsi.

Cytując misję Apollo 13 „Failure is not an option” [“Porażka nie wchodzi w grę”]. Przeszliśmy 90 kilometrów, przejdziemy jeszcze 10 (czy też 11).

Słuchawki w uszach, muzyka gra – lecimy.

Zostało tak mało czasu, że możliwa była tylko jedna strategia – iść tak szybko by nie mieć czasu na myślenie o bólu.

Jeszcze 8… 6… 5… Kilometry mijają, kolejne batony i woda znikają.

Mijamy Otwock… Idziemy dalej. Jest ciemno, znowu zaczyna padać deszcz, zostały 3 kilometry…

W końcu nasz skręt w prawo. Do tej pory szliśmy wciąż prosto; najpierw leśną, piaszczystą, drogą; potem poboczem asfaltówki.

Szutrowa droga… Ostatnie metry… Dotarliśmy

10 minut przed czasem

Podsumowanie

Na starcie marszu stanęło ~25 osób; STOpę 2016 ukończyły zaledwie 3 osoby. Tylko my i Michał, główny organizator, pokonaliśmy 100 kilometrów w ciągu 24 godzin.

W imprezie brały udział różne osoby, część z nich była solidnie wyposażona, niektórzy nawet lepiej od nas…

Każdy ma swój Everest, każdy ma swoją granicę możliwości.

Kluczem podczas marszu na 100 km (jak również podczas wielu innych działań, m.in. survivalowych) jest psychika i motywacja – trochę poświęcenia, coś więcej. Sprzęt jest istotny, ale dobre buty same nigdzie nie dojdą.

Jeżeli stanie się na starcie z nastawieniem – „Przejdę 50 km, a potem zobaczę jak będzie” – prawdopodobne jest to, że nie pójdzie się dalej. W końcu cel (50) został osiągnięty. Po co miałoby się dalej męczyć?

Na drugim miejscu postawiłbym wiedzę – znajomość siebie, umiejętności nawigacyjne oraz doświadczenie – w końcu to ono odpowiada za większość umiejętności, pozwala dobrać sprzęt i zaplanować swoją strategię na trasie.

Zaraz potem znajduje się najważniejsza część sprzętu: Buty, ponieważ to one amortyzują chód i chronią stopę przed urazami. Jedzenie i woda, ponieważ to one pozwalają iść dalej. Latarka, ponieważ bez niej nie da się pokonać nocnej części trasy.

W moim przypadku przydały się również plastry Compeed, które zabezpieczyły stopy przed za słabo rozchodzonymi butami.

Bardziej szczegółowy opis sprzętu znajduje się pod koniec tekstu.

Organizatorzy spisali się znakomicie. Ekipy rozstawione na punktach były przyjazne i chętne do pomocy, uczestnicy którzy chcieli się wycofać byli odwożeni samochodem do bazy. Jedyne do czego mógłbym mieć uwagi to lokalizacja pierwszego punktu (namiot był rozłożony za wystającą częścią budynku, przez co na początku go ominęliśmy; a szczęście punktowy nas zauważył i zawołał). I jeszcze kwestia obiadu, wydaje mi się, że lepszym pomysłem byłoby coś lżejszego niż leczo. Jednak poza tym było naprawdę dobrze.

Jeszcze jedna rzecz, za którą należy się organizatorom ogromny plus – przez cały czas trasa biegła w różnym terenie, a podążanie za szlakiem nie zawsze było intuicyjne. Jednak droga od ostatniego punktu kontrolnego przebiegała w linii prostej dzięki czemu nie musieliśmy martwić się aż tak kwestią nawigacji.

Co ze sobą zabrałem?

Buty Salomon XA Comp 7

Mimo dość krótkiego czasu używania sprawdziły się znakomicie. Dzięki świetnej amortyzacji udało mi się uniknąć bólu kolan i pięt, który zdarzał mi się podczas różnych wycieczek w innych butach. Brak membrany sprawił, że moje skarpetki były praktycznie suche gdy postanawiałem je zmienić. Z drugiej strony, wystarczył krótki fragment łąki pokrytej rosą by wnętrze było mokre. Na szczęście buty dość szybko schły podczas marszu, także obyło się bez problemów. XA Comp 7 okazały się strzałem w dziesiątkę również z innego powodu – systemu quick lace, czyli ściągacza zastępującego tradycyjne sznurówki. Takie rozwiązanie pozwalało na bezproblemowe zdejmowanie butów w celu wyrzucenia drobin piachu lub poprawienia skarpet oraz momentalna regulację.

Spodnie Helikon-Tex OTP (Outdoor Tactical Pants) 

STOpa była zwieńczeniem trwających od miesięcy testów spodni OTP, i muszę przyznać, że zdały go na 5. Zapewniały ochronę przed wiatrem oraz świetną oddychalność, mimo pokrycia DWR-em (impregnatem) chroniącym przed lekkim deszczem. Jeśli jednak zamokły, to do wysuszenia wystarczyło pół godziny marszu. Układ kieszeni pozwolił na wygodne przenoszenie wszystkich potrzebnych drobiazgów.

Latarka Fenix HL35

Podczas wcześniejszego użycia HL35 bardzo przypadła mi do gustu; miałem jednak wątpliwości co do zastosowanej liczby lumenów (260 przy paluszkach AA) – po prostu wydawała mi się za duża do typowych zastosowań outdoorowych. W trakcie marszu zarówno ilość lumenów jak i łatwość uruchomienia trybu turbo okazały się jednak niezastąpione podczas szukania znaków szlaku w środku nocy. Ponadto czołówka była wygodna, a na słabszych trybach pozwalała na wygodne poruszanie się po szlaku.

Plecak Forclaz 50 Ultralight

Jak to możliwe że zdecydowałem się wziąć tak nietaktyczny, czerwony (sic!) plecak? Zadecydował system nośny o małej powierzchni styku z plecami, wygodne szelki i pas biodrowy oraz waga niższa ze względu na brak taśm MOLLE. Kieszenie skrzelowe umożliwiały wygodne przenoszenie podręcznego wyposażenia, a dodatkowe taśmy umożliwiły kompresję do rozsądnych rozmiarów. Plecak sprawdził się idealnie na STOpie, jednak na wypady leśno-bushcraftowe bym go nie wziął – materiał nie wytrzymałby zbyt długiego kontaktu z krzakami i innymi wyzwaniami.

Apteczka

W celu zmniejszenia wagi zamiast czerwonego pokrowca z krzyżem wykorzystałem przeźroczystą koszulkę na dokumenty. W środku znalazło się kilka opatrunków, folia NRC, pęseta, plastry oraz plastry Compeed na pęcherze. Compeed okazały się niezastąpione, raz przyklejone trzymały się do końca marszu tworząc drugą skórę zabezpieczającą moje stopy. Kilkakrotnie naklejałem je na miejsca, w których zaczynały wyrastać pęcherze i ku mojemu zdumieniu na kolejnym przystanku okazywało się że pod spodem nic nie ma. Dzięki nim po przejściu 100km w słabo rozchodzonych butach moje stopy nie miały żadnych otarć lub pęcherzy!

Zestaw naprawczy

Wewnątrz woreczka foliowego schowałem zapasowe baterie (do Fenixa, GPSu i zapasowej czołówki), zestaw do szycia oraz niewielki kawałek srebrnej taśmy klejącej. Na szczęście nie musiałem korzystać z żadnej z tych rzeczy.

Ubrania

Podczas marszu (poza OTP) przez większość czasu miałem na sobie koszulkę termiczną Odlo, cienki polar Salewy oraz czapkę kupioną w supermarkecie w Deadhorse. Dodatkowo miałem ze sobą kurtkę Marmot Minimalist (lekką i wygodną), która pełniła również funkcję dodatkowego ocieplenia; polarowe rękawiczki i buffa.

Dodatkowo wziąłem ze sobą koszulkę termiczną Brubeck (przebranie się w bazie, na 50km) oraz kilka par skarpet na zmianę.

GPS

Garmin eTrex 30x sprawdził się idealnie jako uzupełnienie mapy dostarczonej przez organizatorów, przy szukaniu zagubionego szlaku oraz liczeniu kilometrów.

Jedzenie

Podążając za radą znajomego biologa zdecydowałem się wziąć ze sobą jedzenie bogate w cukry (energię łatwą do przyswojenia) oraz zawierające trochę białka (potrzebnego do regeneracji organizmu). W związku z tym wyposażyłem się w zapas batonów musli, kilka żeli energetycznych oraz parę batonów proteinowych. Super-zapasy uzupełniłem odrobiną „normalnego” jedzenia – dwoma kajzerkami, bananem i knoopersami. Do picia wziąłem dwie 700 ml wody oraz opakowanie Isostaru mające dodać piciu smaku i elektrolitów.

Ponadto miałem ze sobą dwa liofilizaty – jeden do zjedzenia przed startem, drugi na obiad w połowie trasy.

Inne

Dodatkowo wziąłem ze sobą:

Pokrowiec przeciwdeszczowy Wisport – oczywiście dodaje trochę wagi, jednak suchy plecak jest milszy w obsłudze.

Kamizelkę odblaskową – część trasy prowadziła wzdłuż drogi, a idąc poboczem dobrze być widocznym

Termos z herbatą, który okazał się zbędny – skorzystałem z niego podczas postoju w bazie, i tam już został.

Odtwarzacz MP3 ze słuchawkami – z odpowiednią playlistą idzie się dużo przyjemniej (i szybciej).

Zapasową czołówkę – Tikkę XP2 produkcji firmy Petzl

Notes Rite in the Rain, który ostatecznie przydał się jako lejek

Chusteczki do nosa

Paczkę mokrych chusteczek

Nóż Spyderco Delica

~Jawor

Related Post

About the Author

Jawor

Po górach łażę od kiedy zacząłem chodzić. O goretexach, neoshellu i innym sprzęcie mógłbym, rozmawiać godzinami. Chodzę po jaskiniach, jestem instruktorem harcerskim, wciąż szukam idealnego plecaka i kieruję Gear Insiderowym przedsięwzięciem.

Last updated on

Dodaj komentarz