Wielkanoc w górach

In Blog, PL by Jawor | Leave a Comment

Co wyjdzie z połączenia paru dni wolnego, gór i biwakowania w śniegu? Tydzień temu postanowiliśmy to sprawdzić, przy okazji testując sporo nowego sprzętu!

///

Dworzec, wcześnie rano, obok nas stoją wypchane plecaki. Na zewnątrz Warszawa powoli zaczyna budzić się do życia, a na peron powoli wtacza się pociąg. Czas ruszać w drogę

///

Podróż jak zwykle jest zbitkiem rozmów i drzemek przerywanych pojawieniem się konduktora. Szybka przesiadka, jesteśmy na miejscu.

///

Idzie się bardzo przyjemnie, po początkowym stromym i błotnistym podejściu wyszliśmy na równą drogę. Świeci słońce, wieje przyjemny wiatr – jednym słowem idealna pogoda na wędrowanie. Nic dziwnego, że niemal nie zauważamy znaków szlaku mijanych co parę kroków. W pewnym momencie Wojtek orientuje się, że coś nie gra. Rzeczywiście. Jak wiadomo, każdy szlak idzie w dwie strony – a my właśnie dołożyliśmy sobie 4 kilometry.

///

Pod stopami chrzęści mokry, ziarnisty śnieg jednak przemoczonym butom nie robi to już różnicy. Pierwszy węzeł, drugi węzeł, tarp jest już niemal rozwieszony. W tym czasie Wojtek szykuje zestaw drewnianych śledzi do Grozy Solo pomagając sobie przy tym KaBarem.

(W) Wiecie jak to czasami jest, jak się skaleczycie bardzo ostrym nożem? Krew zaczyna ciec, a Ty zastanawiasz się skąd i jak. Potem jak zlokalizujesz krwawienie, zaczynasz na nie patrzeć i zaczynasz rozmawiać ze sobą: „ale fajna rana”.

„Ej stary, chyba się skaleczyłem” słowa Wojtka odrywają mnie od wkopywania ostatniego deadman anchora w śnieg. Na szczęście apteczka czeka na wierzchu plecaka (#goprepared). Przemycie solą fizjologiczną, osuszenie, nałożenie steri stripów. Trzyma się. Nie cieknie. Jest dobrze.

///

Wokół powoli zapada zmrok, a ognisko radośnie strzela iskrami. Na kolację szykujemy kuskus z sosem będącym wariacją carbonary – szybki w przygotowaniu, smaczny i jak każdy posiłek jedzony w świetle ogniska ma on unikalny klimat. Planujemy trasę, robimy trochę zdjęć. W końcu każdy idzie spać tuląc do siebie mokre buty.

///

Pat. Plask. Kap. Tap. W nocy budzi mnie dźwięk śniegu padającego na tarp, który wywołuje szybki rachunek sumienia. „Rzeczy schowane pod tarp?” „Tak.” „Tarp rozwieszony pod odpowiednim kątem?” „Tak.” Uff, można spać dalej.

///

Poranne słońce rozświetla okolicę pokrytą dodatkowymi centymetrami śniegu. Czas zakładać mokre buty i rozpocząć dzień! Rozwieszamy zawilgnięte śpiwory, zwijamy tarpy i dopakowujemy plecaki. Szybkie śniadanie. Pora wracać na szlak.

///

Krajobraz zmienił się na zdecydowanie wczesnojesienny. Pomarańczowe liście oświetla słońce, które do końca topi pokrywający drzewa śnieg z ostatniej nocy. Idziemy przez wysuszone zbocze pokryte ścierniskiem. Niebawem dotrzemy do schroniska, gdzie będziemy mogli uzupełnić wodę.

///

Spod butów dobiega charakterystyczne szuranie, a stopy z każdym krokiem zapadają się w zalegającą na ziemi warstwę śniegu. Las stał się gęstszy, a mokry śnieg nieustannie pokrywający szlak nie pozostawia żadnej nadziei na podsuszenie butów. Schronisko zostało daleko z tyłu, a my pokonujemy kolejne kilometry trasy.

///

Na niebie zaczynają zbierać się ołowiane chmury, a drzewami poruszają podmuchy silniejszego wiatru. Wybiła 16:30, pora zacząć rozglądać się za miejscem na nocleg. I tu pojawia się problem – znalezienie miejsca odpowiednio równego by rozstawić Grozę Solo i z drzewami pozwalającymi również na hamakowanie jest trudniejsze niż nam się wydawało. Dookoła mamy albo strome zbocze, albo suche drzewa i nierówny teren.

„Jak się nie ma co się lubi…” W końcu znaleźliśmy miejsce, które do czegoś się nadawało, jednak jego główną zaletą było to, że było. Niby trochę płaskiego, ale ziemia okazała się nadal zmrożona i poprzetykana korzeniami i kamieniami. W dodatku miejscówka w takiej lokalizacji, że przemieszczanie się po obozie było mocno utrudnione.

///

Kap, kap, kap. Padający deszcz i miejsce nie sprzyjają paleniu ognisk, więc po szybkiej kolacji idziemy spać. Tym razem Wojtek w hamaku, a ja na glebie. Po chwili przestaje padać, a w ciemności słychać jedynie wiatr szumiący wśród drzew.

///

Nad ranem budzi mnie dźwięk deszczu uderzającego o tarp. Nie pada jednak na mnie, więc schronienie zdało egzamin. Śpiwór i tak jest wilgotny – płachta biwakowa nie oddycha niestety tak dobrze jak powinna.

///

Jest mokro i pada, pogoda zdecydowanie nie zachęca do wychodzenia spod większego tarpa pod którym szykujemy śniadanie. Po chwili deszcz słabnie, a my rozpoczynamy wędrówkę w mglistym krajobrazie, ścigając się z chmurami wspinającymi się w górę zbocza.

///

Po drodze mój kijek trekkingowy postanowił odmówić współpracy, ale od czego ma się srebrną taśmę? Nie minęło kilka minut i dzięki pomocy Wojtka sprzęt działa jak nowy.

///

Pochmurna aura utrzymuje się przez resztę dnia, jednak mgliste góry również dostarczają unikalnych widoków. Po drodze zatrzymujemy się w schronisku na uzupełnienie wody, na wypadek, gdyby sklep okazał się jednak zamknięty.

///

Po kilku godzinach marszu schodzimy do wsi. Niestety, zgodnie z przypuszczeniami, wszystkie sklepy już od 3-4 h są zamknięte (tak to jest z wędrowaniem w święta…). Zahaczamy o niewielki sklepik przy stacji benzynowej i ruszamy dalej.

///

Nie mogliśmy trafić lepiej. Teren, który wybraliśmy na miejsce obozowania wydawał się wymarzony. Gęsty świerkowy lasek z dużą ilością drzew do rozwieszenia hamaka, płaską ziemią i sporym zapasem suchego drewna na opał.

Wojtek sprawnie zabrał się do działania, ogarnął suche gałęzie i zabrał się za rozkładanie Grozy Solo.

(W) To nie był dzień Mateusza. Gdy przyszło mu rozłożyć hamak, długo stał i patrzył się na drzewa, jakby nad czymś rozmyślał. Zapytany o to, nad czym myśli, odpowiedział „nie wiem”.

Zmęczenie? Niewyspanie? Odwodnienie? Trudno powiedzieć, najpewniej mieszanka wszystkich tych czynników i czegoś jeszcze. W każdym razie, dopadł mnie chwilowy spadek sił. Po paru minutach udało się jednak dokończyć rozkładanie obozu i zabraliśmy się za kolację.

///

Gdy obudziliśmy się, podobnie jak poprzedniego dnia, padał deszcz. Poprawka, wydawało się że pada deszcz. Tak naprawdę lało jak z rynny. To po prostu gęste świerki częściowo osłaniały nas przed opadem, którego niewielka część spadała na powierzchnię tarpów.

///

Łyżki miarowo skrobią o dna menażek, a wokół czuć zapach płatków i mokrej ściółki. W międzyczasie ulewa zmieniła się w intensywny opad mokrego śniegu. Celem naszego wyjazdu było połączenie chodzenia po górach i leśnego biwakowania (a nie przejście zaplanowanej trasy czy zdobycie szczytów), a nasza miejscówka pozwalała na sprawne dotarcie na dworzec w poniedziałek. Przy śniadaniu zapadła więc decyzja, że zostajemy w tym miejscu na jeszcze jedną noc.

W związku ze zmianą planów, na krawędzi podwieszonego tarpu rozpaliliśmy małe ognisko, które pozwoliło podsuszyć skarpety i się ogrzać. Dodatkowo, ognisko to świetny wypełniacz czasu podczas przebywania w obozie – zawsze potrzeba więcej opału, który trzeba systematycznie przygotowywać i dokładać do ognia.

 

///

„Ej, wiesz o czym zapomnieliśmy?”

Oczywiście. Nasz plan zakładał uzupełnienie wody w schronisku, które mieliśmy mijać w niedzielę, dlatego też nie zrobiliśmy tego przechodząc przez wieś. Pozostało więc wykorzystanie hojności przyrody i rozłożenie kawałka folii na otwartej przestrzeni i zbieranie śniegu.

 

Po wytopieniu nad ogniskiem i przefiltrowaniu powstała krystalicznie czysta woda o specyficznym smaku oscypka.

///

Zrobiliśmy trochę zdjęć, a potem przyszła pora na ostatnią kolację wyjazdu. Kuskus z sosem pieczarkowym i kiełbasą. Pycha.

///

W ciągu dnia podsuszyliśmy też wilgotne śpiwory. Dobrze, bo prognoza pogody zapowiadała w nocy odczuwalną temperaturę -8°C dla wsi poniżej naszego obozu. Trudno powiedzieć ile było u nas, ale układając się do snu pod spodnie softshell założyłem dodatkowe kalesony, a w kieszeniach polaru schowałem dodatkowe ogrzewacze chemiczne. To był dobry pomysł

///

Nad ranem oba tarpy pokrywała warstwa świeżego śniegu, a mi było chłodno. Z kolei Wojtek śpiący tej nocy w hamaku z podpiętym Otulem mróz poczuł „jedynie na wystającym ze śpiwora czubku nosa”.

///

Sprawnie zjedliśmy śniadanie i zwinęliśmy obóz. Zejście szlakiem, parę kilometrów po asfalcie, jest i lokalna stacja. Po chwili na tor pierwszy przy peronie jedynym wtoczył się pociąg.

I tak skończył się nasz wyjazd.

(Więcej zdjęć i wrażenia dot. tego jak sprawdził się testowany sprzęt znajdziesz na naszym Facebooku)

Related Post

About the Author

Jawor

Po górach łażę od kiedy zacząłem chodzić. O goretexach, neoshellu i innym sprzęcie mógłbym, rozmawiać godzinami. Chodzę po jaskiniach, jestem instruktorem harcerskim, wciąż szukam idealnego plecaka i kieruję Gear Insiderowym przedsięwzięciem.

Last updated on

Dodaj komentarz